Wyjątek z mojego dziennika okrętowego
O godzinie 15-ej opuszczamy Long Island Sound, aby wejść do East River, przepływamy przez niebezpieczne wiry Diabelskiej Bramy, potem pod wiszącym mostem Brooklynu i koło wyspy Manhattan z jej drapaczami nieba. Ta ostatnia wizja New Yorku pozostawia na mnie wrażenie potwornego miasta tytanów. O zmroku przechodzimy koło posągu Wolności, a przy wyspie Coney opuszcza Firecresta łódź policyjna na którą przesiedli się moi chwilowi pasażerowie. Zarzucam kotwicę w zatoce Sheepeshead i idę na ląd kupować brakujące mi narzędzia gospodarskie. Część nocy i następny poranek schodzą mi na starannym uporządkowaniu mojego ładunku. 0 godzinie 11-ej opuszczam zatokę, w dalszym ciągu holowany przez „We Two”.
Barometr spadł straszliwie w ciągu nocy i nad ranem. Spodziewam się burzy, podniosła się duża fala i holowanie stało się trudne. W południe pęka lina holownika i jacht szybko umyka, salutując na pożegnanie. Pragnie powrócić do portu przed nadejściem ciężkiej pogody. Jestem teraz sam, sam w zupełności. Podnoszę wszystkie żagle i biorę kurs na S. E. Morze niespokojne, wiatr świeży, barometr spada w dalszym ciągu.
0 5-ej p. p. gdy znajduję się na południe od pływającej latarni morskiej Ambrose-Lightship, podchodzi do mnie statek strażniczy z Sandy-Hook i sygnalizuje zbliżanie się burzy. Zachód słońca jest niepokojąco szary i groźne czarne chmury zbierają się na zachodzie. Wiatr wzmaga się i chociaż z wielkim żalem, gdyż wiem, że mi to zdeformuje nowy żagiel, muszę refować na siedem obrotów, opuścić przednie żagle i lec w dryf na noc.
Operacja ta zajmuje mi sporo czasu, gdyż takielunek jest nowy, i nie wszystko jeszcze jest należycie dopasowane. Stwierdzam jednak z zadowoleniem, że mój nowy patent (zwijacz) działa sprawnie. Wiatr dmie z siłą huraganu, fala ogromna, ale pod zmniejszonym dużym żaglem Firecrest doskonale trzyma się w dryfie i mogę go spokojnie zostawić własnemu losowi. Zmęczony przygotowawczą pracą do podróży, śpię sobie wygodnie do wczesnego rana.
Poniedziałek, 5 listopada.
Kiedy o g. 6.30 rano biorę znowu kurs S. E., zauważam, że barometr podniósł się nieco. Koło g. 13-ej stawiam fok i sztormowy kliwer, a ponieważ wiatr wzmaga się, opuszczam duży żagiel i Firecrest steruje się sam idąc pod przednimi tylko żaglami. Nowy grot trójkątny daje się łatwo opuszczać, stwierdzam jednak, że dużo jeszcze szczegółów wymaga udoskonalenia. O g. 11-ej wieczorem gwałtowny N. W. dmie z siłą burzy, ale Firecrest posuwa się sam w kierunku Bermud, podczas gdy ja spoczywam.
Wtorek, 4 listopada.
Barometr wciąż opada. Koło 8-ej rano burza wzmaga się jeszcze więcej. Grzywacze załamują się na pokładzie i zalewają go. Źle zakitowany w New Yorku, przepuszcza wodę, która przecieka do kajuty. Dmie silny wicher, który unosi mewy, robiące próżne wysiłki, aby utrzymać się przeciwko wiatrowi.
Pozostaję uwiązany do steru do g. 16-ej, na pokładzie wciąż zalewanym przez fale, doszczętnie przemoczony, po czym pozwalam Firecrestowi uciekać od niepogody samo sterownie pod przednimi żaglami w kierunku Bermud. Pod wieczór pogoda poprawia się. Barometr idzie do góry. W południe byłem w odległości 120 mil od New Yorku.
Środa, 5 listopada.
Koło godziny pierwszej po północy zauważam, że zgasł mi czerwony ogień na lewej burcie. Zabieram latarnię do kabiny, aby zapalić ją na nowo, nie śpieszę się jednak, gdyż od 48 godzin nie zauważyłem ani jednego statku. To też przede wszystkim chcę zakończyć przygotowanie posiłku. Właśnie napełniłem i zapaliłem latarnię, gdy uczułem silne uderzenie, które wstrząsnęło jachtem Wyskoczyłem na pokład i ujrzałem wśród ciemnej nocy liczne światła oddalającego się parostatku. Uderzenie otrzymał bugszpryt bronzowy sztag wodny został skręcony pionowe drewienka, utrzymujące bugszpryt — wydarte na poziomie pokładu, który w tym miejscu podniósł się, po zostawiając szeroką szparę. Szlagi przednich żagli został pozbawione punktu oparcia i maszt, nieprzytrzymywany od przodu, chwieje się w sposób niepokojący.
Byłoby zupełnie bezużyteczne starać się zwrócić na siebie uwagę parowca, który, wśród tak ciemnej nocy, prawdopodobnie nawet nie zauważył mnie. Zresztą, nie miał czasu do stracenia, jeżeli chcę uratować maszt. Za pomocą bloków, naciągam sztagi i mocuję bugszpryt, jak tylko jest to możliwe na ogołoconym obecnie ze wszystkiego pokładzie. Maszt wytrzymał uderzenie, sztagi naciągnięte. Może teraz dąć — jesteśmy przygotowani. W tej chwili dopiero przychodzi mi na myśl, że mi się szczęśliwie udało.
Gdy rozwidniało, oglądam szczegółowo uszkodzenia i wzmacniam prowizoryczne naprawy, dokonane w nocy. Szparę w pokładzie zatykam bawełną i pakułami. W południe stwierdzam, iż zrobiłem 50 mil w ciągu 24 godzin Wiatr dmie ze wschodu, moja droga biegnie na S. S. E. podnoszę grot, zrefowany na dwa obroty. Znajduję się na 72° długości zachodniej i 38°30′ szerokości północnej.