Urbanizacja „trzeciego świata”

africanvillageZajmowaliśmy się obszerniej specyficznymi cechami współczesnej urbanizacji, aby uzasadnić, że nie jest ona rozwiniętym powtórzeniem urbanizacji XIX-wiecznej, ale stanowi również jakościowo odmienne zjawisko.

To stwierdzenie jest szczególnie ważne, jeżeli chodzi o kraje trzeciego świata, w których historii po raz pierw­szy występuje — i to w niebywałych rozmiarach — proces osiedlania się ludności w miastach. Większość przybyszów do miast znajduje tam nędzne warunki by­towe w byle jak skleconych domkach, których ogromne zgrupowania otaczają właściwe miasto. Decyzja o prze­niesieniu się do miasta jest często równoznaczna z po­gorszeniem warunków bytowania w porównaniu z wsią rodzinną, tym bardziej, że nadzieje znalezienia stałej pracy są na ogół nikłe.

Rozmiary zjawisk urbanizacyjnych w trzecim świecie oraz ich groźna wymowa społeczna wydają się wielo­krotnie przewyższać wszystko, co nam wiadomo o sy­tuacji panującej w miastach europejskich w okresie wczesnej urbanizacji epoki uprzemysłowienia. Dostoso­wanie pojemności miast do napływu ludności pod wzglę­dem miejsc pracy i godziwego zasobu mieszkań będzie procesem długotrwałym. Można się obawiać, że do czasu rozwiązania tego problemu żywiołowy rozwój wielu miast trzeciego świata doprowadzi do ich katastrofy. Obawa ta stoi na pozór w sprzeczności z całym dotychczasowym wywodem, w którym usiłowaliśmy przedstawić urbanizację jako zjawisko nieodwracalne, a zarazem sprzyjające postępowi ludzkości. Czy więc nie powta­rzamy omyłki, którą popełnili antymiejscy reformatorzy XIX wieku? Siłami napędowymi urbanizacji typu euro­pejskiego w XIX wieku, której obraz przedstawiliśmy poprzednio, były: nadmiar rąk do pracy na wsi oraz duża podaż miejsc pracy poza rolnictwem, w mieście. W kra­jach trzeciego świata wydajność rolnictwa jest niska, a metody uprawy są niezmiernie pracochłonne. Exodus wiejski jest zatem spowodowany nie tyle nadmiarem sił roboczych, co bezwzględną nędzą i beznadziejnością życia na wsi. Nie ma też dostatecznej podaży miejsc pracy w mieście. Głównym motorem urbanizacji nie są zjawiska gospodarcze, lecz nacisk społeczny. Miasta nie rosną wskutek poprawy wydajności rolnictwa i rozwoju pro­dukcji pozarolniczej, lecz w wyniku wiary w wyższość życia w mieście.

Jakie wnioski można wyciągnąć z tego stanu rzeczy? Byłoby utopią, gdyby ktoś proponował zatrzymanie pro­cesów urbanizacji i uprzemysłowienia w krajach opóźnio­nych w rozwoju gospodarczym i tą drogą chciał skie­rować wysiłki na podniesienie produkcji rolnej. Za duża jest już dzisiaj społeczna waga przywiązywana do możli­wości uczestniczenia we współczesnej cywilizacji tech­nicznej. Wydaje się, że sedno problemu tkwi w tym, że większość tych krajów odziedziczyła po kolonizatorach tylko nieliczne miasta, w których skupia się całe bogac­two nowoczesnych urządzeń usługowych, służących do niedawna garstce białych kolonizatorów. Zamiast two­rzyć nową sieć niewielkich, lecz wszechstronnie rozwija­jących się ośrodków miejskich, kroczy się niestety drogą najmniejszego oporu i nadal koncentruje działalność inwestycyjną i wszelkie zakłady usługowe w tych właśnie dawnych ośrodkach. Sytuacja komunikacyjna w wielu regionach trzeciego świata niewiele odbiega od sytuacji średniowiecza, przynajmniej jeżeli chodzi o możliwości Przeciętnego obywatela, który z braku środków nie może dokonać przeskoku od komunikacji pieszej wprost do sa­molotu. Jeżeli podejmie on trud wyprawy do stolicy, to nie po to. aby ją zobaczyć, lecz by w niej pozostać.

Gdyby istniało w dogodnym zasięgu miasteczko, którego mieszkaniec znalazłby kontakt ze współczesną cywili­zacją miejską, łatwiej zdecydowałby się on na pozostanie w swojej wsi i na dalsze uprawianie roli. Jednocześnie dałoby mu to możliwość przejścia z wymiennej gospo­darki naturalnej, którą uprawia dzisiaj, na gospodarki, towarową i uzyskania środków pieniężnych na zakup tych, tak wielce cenionych wyrobów technicznych, które w jego mniemaniu są niezbędne dla utwierdzenia pozycji społecznej.

Kto wie, jaką wagę społeczną przywiązuje się do takich rzeczy na rozmaitym poziomie rozwoju cywilizacyjnego i gospodarczego, ten potrafi docenić doniosłość tego czyn­nika. W Stanach Zjednoczonych człowiek, który nie po­siada samochodu, znajduje się już dzisiaj poza nawiasem społeczeństwa lub w najlepszym przypadku — jeżeli wia­domo, że posiada środki na nabycie samochodu — jest uważany za dziwaka.

W Polsce, wśród młodszej generacji — zwłaszcza na wsi — motocykl nabierze wkrótce charakteru społecznie niezbędnego rekwizytu. W Ameryce Łacińskiej tym rekwizytem jest przenośny aparat radiowy. Murarz, który na rusztowaniu nie postawi obok swych narzędzi pracy aparatu tranzystorowego, traci poważanie społecz­ne. Nawet robotnik niewykwalifikowany nosi do pracy stare pudło bateryjne, kupione kosztem wielu wyrzeczeń. Pierwszą oznaką awansu społecznego murzyna z buszu afrykańskiego jest zastąpienie plecionego dachu na sza­łasie mieszkalnym dużo gorszym i brzydszym przykry­ciem z blachy aluminiowej. Sprawy tej nie można zbyć sloganem o cywilizacji „gadgetów”. Jest ona śmiesznym nieraz w objawach, lecz głęboko zakorzenionym wyrazem chęci uczestniczenia w nowoczesnej cywilizacji tech­nicznej.

“Wiele krajów wysoko rozwiniętych gospodarczo i orga­nizacji międzynarodowych, przeprowadza różnorodne akcje pomocy dla krajów trzeciego świata. Wyjeżdżają tam eksperci i specjaliści, aby udzielać porad w oparciu o doświadczenia nabyte w krajach macierzystych. Jak długo idzie o technikę i nauki ścisłe sprawa jest prosta. Inaczej jest natomiast w naukach i zagadnieniach spo­łecznych: przybysz nie może oceniać przyszłości nie­znanego mu kraju przez pryzmat historycznego przebiegu wydarzeń w swoim własnym kraju, prowadzić to może bowiem do zupełnie błędnych wniosków.

W zakresie urbanizacji, świadomość społeczna mie­szkańców krajów rozwijających się znajduje się na eta­pie rozwojowym urbanizacji współczesnej. Natomiast stan rozwoju sił wytwórczych w wielu regionach nie osiągnął jeszcze poziomu naszego średniowiecza. Wyni­kiem tej sprzeczności jest wzbierająca klęska wielkich miast w tych krajach, urastająca już w wielu przypad­kach do rozmiarów katastrofy społecznej i ekonomicznej. Miną dziesiątki lat, zanim pojemność tych miast zosta­nie powiększona do rozmiarów, które będą odpowiadały ich obecnemu, rzeczywistemu zaludnieniu. Z tym trzeba się pogodzić: nic już nie skłoni mieszkańców nędznych lepianek podmiejskich do powrotu do rodzinnych wsi.

Aby jednak zatrzymać dalszy dopływ ludności do tych miast trzeba będzie powrócić do przestrzennych zasad urbanizacji średniowiecznej, wiążąc je z osiągnięciami współczesnej cywilizacji technicznej. Zalecanie tym kra­jom powrotu do specyficznie europejskiej cywilizacji epoki uprzemysłowienia kapitalistycznego miałoby cha­rakter utopii podobnej do idei reformatorów XIX-wiecznych.