Bon vivant

Wprawdzie już przed tym nieco mniejsza burza rozgorza­ła wokół budowli jego ucznia, a obecnie też profesora Antoniego Michalaka. Posiadał on piękną parcelkę, cudnie położoną, i postawił tam swój domek. Też były krzyki i protesty. Lecz trzeba przyznać, że dom Michalaka o ile z początku raził, o tyle teraz, obrośnięty kępą drzew, zlał się całkiem z otoczeniem. No i Michalak tam stale mieszka. Ma ładną pracownię i piękne zbiory.

W szkole Pruszkowskiego kształciło się kilku lubliniaków i to z naszej kompanii. Między nimi był Władysław Daszewski. Inteligentny, dowcipny, już wtedy komunizujący. Ze względu na jego krytyczny stosunek do wielu spraw rozterki duchowe nazywaliśmy go „Emilem poszukującym prawdy” od tytułu głośnej w tych latach książki Sinclaira.

Miałem i ja swój portret jego pędzla, jako bonvivant i lowelas (oczywiście in spe) we fraku i cylindrze. Ponieważ nie chciałem wyłożyć pieniędzy na zakup płótna, obraz został sporządzony na dykcie, która jest materiałem kru­chym i łamliwym, nie miał więc długiego żywota. Dziś żałuję, że nie przywiązywaliśmy zbytniej wagi do tworów naszych przyjaciół. Szkoda ciekawego portretu Józefa Czechowicza w papierowej koronie, który też przepadł. Było to bezpośrednio po debiucie poety utworem pod podobnym tytułem. Chyba tylko jeden ksiądz Szepietowski posiada jeszcze obrazy Daszewskiego z tego okresu.

Renesansowa postać księdza Stanisława Szepietowskiego też wiąże się z Kazimierzem tych czasów. Uprzednio był on kapelanem wojskowym i posiadał nawet szereg bojowych odznaczeń. Zaraz po wojnie pełnił jakieś funkcje duszpa­sterskie w Kazimierzu. Mieszkał w pięknym klasztorze reformatów i dlatego nazywaliśmy go „Opatem”. Miał bardzo dobry gust i kochał malarzy. Toteż zbliżył się do całego bractwa, z wieloma był na „ty”, z wszystkimi w zażyłości lub przyjaźni. Brał czynny udział w rozprawach i sporach. Zapraszał, gościł, stawiał wódkę i pożyczał pienią­dze oraz kupował ich obrazy. Jak się okazało, nie zrobił na tym złego interesu. Skromni studenci wyrośli z czasem na znanych malarzy o głośnych nazwiskach.

Ksiądz Szepietowski po paru latach opuścił Kazimierz, ale już zarażony tym bakcylem, który mu tam został za­szczepiony. W swoich parafiach tępił szmirę, a pracę przy upiększaniu kościoła powierzał swym przyjaciołom z Bracta Świętego Łukasza. Obecnie jest dziekanem w Szczebrzeszynie i w pięknie urządzonym mieszkaniu posiada wiele pamiątek z Kazimierza.

Również u Pruszkowskiego rozpoczynał swą naukę Jan Wydra, później jeden z głośnych filarów Bractwa św I Łukasza.

Był to talent samorodny. Mieszkał w Lublinie w potwor, nych warunkach, w dodatku ciężko chory na rozpadową gruźlicę. Widziałem jego mieszkanie. Dziś nikt nie uwierzy, że tak mogli mieszkać ludzie. Przymierając głodem, korzyj stał jednak z każdej okazji, by czym się dało i na czym siJ dało, malować swe urzekające, wizyjne obrazy. Był przecież samoukiem i więcej przeczuwał, niż umiał.